Powrót godny króla

W związku z obchodami Święta Patrona Szkoły Podstawowej im. Stanisława Lubomirskiego oraz 394. rocznicą lokacji miasta, Zespół Szkół w Nowym Wiśniczu zorganizował szereg konkursów skierowanych do uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych z gminy Nowy Wiśnicz.
Jednym z nich był konkurs literacki, realizowany w trzech kategoriach: legenda, limeryk i reportaż.
Najlepszą legendę napisaną na ten konkurs prezentowaliśmy państwu tutaj .
Dziś zachęcamy do przeczytania reportażu „Powrót godny króla” autorstwa Barbary Wojewody, uczennicy klasy III gimnazjum w Zespole Szkół im. Jana Pawła II w Starym Wiśniczu.

 

Powrót godny króla

Tłumy na ulicach, wiwaty, kwiaty na drodze do zamku – tak właśnie wyglądał powrót zwycięzcy pod Chocimiem.
Znajdujemy się w malowniczym małopolskim miasteczku Nowy Wiśnicz. Oczekujemy wraz z jego mieszkańcami na powrót Stanisława Lubomirskiego. Aby go powitać przyjechało tu wiele znakomitych osób, miedzy innymi biskup krakowski Jakub Zadzik, przyjaciel Lubomirskiego. Odprawi on uroczystą mszę w nowo wybudowanym kościele. Jego budowa zakończyła się przed pięcioma laty. Oprócz wielu znakomitych osób do Wiśnicza przybyli także zwykli mieszkańcy okolicznych miejscowości.
Właśnie rozmawiam z Jadwigą – nastoletnią mieszkanką Starego Wiśnicza. Pytam ją, dlaczego tu przybyła. Dlaczego porzuciła swoje obowiązki i przyszła powitać pana na wiśnickim zamku.
To bardzo ważne wydarzenie – historyczna chwila. Chciałam powitać bohatera, który dzielnie walczył i bronił naszej ojczyzny przed Turkami. Przyszłam tu też, żeby podziękować mu za uratowanie mojemu ojcu życia. Gdy na mojego ojca napadli bandyci w pobliżu przejeżdżał Stanisław Lubomirski. Zatrzymał swój orszak i pomógł mojemu ojcu. Gdyby nie on moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Rabusie mogliby go zabić… Pan Lubomirski to naprawdę dobry człowiek o wielkiej odwadze i złotym sercu. Modlę się o to, by Bóg zachował go w swej opiece.
Ma rację. Stanisław Lubomirski to znakomity człowiek. Jest bardzo dobry dla ludzi zamieszkujących jego ziemie, wyrozumiały, troskliwy. Dba o to, żeby prawo było przestrzegane, a ci, którzy je łamią – karani. Dba nie tylko o ludzi, ale też o miasta i wsie do niego należące. Dzięki niemu Nowy Wiśnicz w 1616 roku otrzymał od króla Zygmunta III Wazy prawa miejskie i możliwość urządzenia trzech jarmarków rocznie. Nakazał też składowanie wyrobów przywożonych z Węgier, a także zwolnił kupców wiśnickich z płacenia ceł na obszarze całego kraju.
Przed paroma tygodniami zakończyła się przebudowa zamku, po to, by mógł pełnić nie tylko funkcje reprezentacyjne, ale też obronne. Stanisław Lubomirski ufundował także kościół w Nowym Wiśniczu i stworzył tam parafię pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św. Jana Chrzciciela. Do tej pory mieszkańcy musieli chodzić do pobliskiego Starego Wiśnicza. Teraz mają swój kościół.
Nowy Wiśnicz i jego mieszkańcy bardzo wiele zawdzięczają Stanisławowi Lubomirskiemu – mówi ksiądz proboszcz – dzięki niemu mamy cudowny kościół, a Nowy Wiśnicz przeżywa czasy świetności – to naprawdę dobry czas dla naszego miasteczka.
Stanisław Lubomirski urodził się w 1583 roku, jako syn Sebastiana i Anny z Branickich. Jako młody człowiek wiele podróżował. Zwiedził między innymi Francje i Niemcy. Uczył się na uniwersytecie w Padwie i Monachium. Po śmierci ojca odziedziczył wielki majątek, w tym także wiśnicki zamek. Żeniąc się z Zofią Ostrogską powiększył znacznie swoją fortunę.
Tymczasem napięcie czekających rośnie. Lada moment pojawi się tu Stanisław Lubomirski, na którego powrót wszyscy czekają z niecierpliwością. Wśród tłumów trwają ostatnie przygotowania. Dziewczęta poprawiają fryzury, straż ustawia się wzdłuż tłumów, ksiądz wkłada ornat.
Jest! Już widać początek jego korowodu. Nagle rozbrzmiewa muzyka – skoczna i wesoła. Słychać okrzyki: „Niech żyje Lubomirski!”, „Wiwat zwycięzcy!”.wokoło panuje huk i gwar. Wszyscy czujemy wyjątkowość chwili. W stronę korowodu wychodzi procesja, żeby powitać zwycięzcę. Na jej czele idzie chłopiec z krzyżem,  za nim sztandary. Za nimi podążają księża i biskup. Gdy obie kolumny są już na wprost siebie z tłumu wychodzi dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka. Trzymają na wielkiej tacy brązowy bochen chleba i grudkę soli. Pragnąc powitać przybyszy staropolskim zwyczajem. Po chwili do Lubomirskiego podchodzi biskup i ksiądz proboszcz, witają go w domu. Za chwilę wszyscy ruszają ulicami w stronę kościoła. Wiwaty zaczynają się od nowa, a u stóp orszaku ścielą się dywanem wielobarwne kwiaty.
Ludzie wyciągają ręce w stronę Lubomirskiego by go dotknąć, przywitać. Widząc to zsiada ze swojego konia i idzie pieszo, witając się ze zgromadzonymi ludźmi.
Kroczy dumnie ubrany w czerwone szaty. Twarz ma nieco zmęczoną, zniszczoną troskami, ale szczęśliwą. W błyszczących oczach widać trudy życia – wszystkie troski i radości.
Na głowie ma futrzaną czapkę, a u pasa przypiętą szablę – pozbawił nią zapewne życia niejednego Turka. Na jego piersi lśni złoty krzyżyk zawieszony na masywnym łańcuszku.
Powoli orszak zbliża się do kościoła. Tłum jest coraz większy, ludzie ciągle wiwatują.
Wreszcie docierają do kościoła. Jest piękny, duży, a jego wnętrze bogato zdobione. Procesja wchodzi do środka i rozpoczyna się msza. Milkną głosy i wszelki okrzyki. Zapada cisza. Po chwili pod niebo wznoszą się słowa pieśni Gaude Mater Polonia. Kiedy nabożeństwo dobiega końca do Stanisława Lubomirskiego podchodzą jego przyjaciele, aby zamienić z nim choćby kilka słów. Ja także próbuję z nim porozmawiać. W końcu udaje mi się przeprowadzić krótki wywiad.
– Jan Karol Chodkiewicz na łożu śmierci przekazał panu władzę. To bardzo wielka odpowiedzialność i zaszczyt.
– Tak, ma pan rację. Przyjąłem ten zaszczyt z całym ciężarem, jaki się z nim wiązał. W moich rękach spoczęły losy całej Rzeczypospolitej.
– Krążą słuchy, że podczas bitwy w polskim obozie nastał kryzys z powodu braku prochu, a wtedy pan ze swoich prywatnych zbiorów dał 100 beczek prochu. Czy to prawda?
– Owszem, uznałem, że nie możemy się teraz poddać z powodu tak błahej rzeczy. Nie było na co czekać, więc posłałem wtedy do Wiśnicza i Dobczyc, aby przywieźli proch i kilka strzelb. To byłaby straszna porażka dla Rzeczypospolitej.
– Opowie mi pan jak wyglądała bitwa?
– Cóż, nie była to bitwa, która trwała kilka godzin. Turcy najeżdżali nas obóz wiele razy, a my odpieraliśmy atak. Chciałbym podkreślić tu rolę wojsk koronno – litewskich, kozackich i najemnych. Turcy posiadali dwukrotną przewagę liczebną, lecz byli słabo uzbrojeni i zabrakło im ducha walki.
– Dziękuję panu za rozmowę.

Tuż po rozmowie ze mną kolorowy orszak rusza ukwieconą drogą w st
ronę zamku. Na jego czele kroczy dworska kapela złożona z włoskich muzyków. Za nią podążają dziewczynki sypiące kwiaty a następnie błazen i aktorzy z dworskiego teatru. Zaraz za aktorami na koniach jadą Stanisław Lubomirski i jego żona Zofia. Korowód zatrzymuje się jeszcze na chwilę przed bramą zamkową, by pożegnać się z tłumami ludzi zanim zaczną biesiadować i ucztować. Wstęp na dwór mają tylko nieliczni. Wszyscy zmierzają w stronę wielkiej Sali przygotowanej na przyjęcie dostojnych gości. Kobiety ubrane są w piękne długie suknie, długie włosy mają upięte w koki, ozdobione drogimi kamieniami. Kroczą obok mężczyzn ubranych w odświętne stroje. Z sali dobiegają dźwięki muzyki. Goście ustawiają się do tańca. W pierwszej parze tańczą oczywiście gospodarze. Dostojny polonez rozpoczyna czterodniową biesiadę.
Tak wyglądał powrót Stanisława Lubomirskiego z bitwy pod Chocimiem. Tak właśnie powinno się witać bohaterów narodowych.

Bądź pierwszym który skomentuje

Dodaj komentarz