Przyjemne i pożyteczne

Minęły ferie, minął beztroski czas. Powróciły codzienne obowiązki wobec szkolnych zajęć, jednak chciałbym na chwilę powrócić do wydarzenia, które pozostawiło po sobie niezatarte wrażenia, którym ciągle się dziele z moimi kolegami z ławy szkolnej.
 
Aby móc uczestniczyć w projekcie, który zaproponowała świetlica wiejska w Kopalinach, trzeba było się podporządkować pewnym zasadom. Pomyślałem „z deszczu pod rynnę” tzn. pierwsze półrocze zakończone, chwila wytchnienia a tu każą czytać książki i rozwiązywać codziennie zadania matematyczne. To nie dla mnie, na pewno nie w tej chwili. Ale mój kolega się zdecydował. Powiedział – ja tam wolę się nie nudzić, w końcu, jak zwykle nigdzie nie wyjeżdżam na ferie. A poza tym zobaczmy czy nas „strawią”.
 
W kopalni soli 

 
Już pierwszego dnia żałowałem tej decyzji. Musiałem tańczyć z dziewczyną, bo były zajęcia tańca, a na dodatek dzień Walentynek. Na początku wszyscy się śmiali, chyba się dobrze bawili, ale mi było głupio. Wolę kopać piłkę niż delikatnie stawiać kroczki koło dziewczęcych stópek. I tak z tego nie wiele zapamiętałem. Inni byli zadowoleni, mówili że w poniedziałek przyjdą. Ja nie byłem pewny.
 
Poszedłem, bo w domu miałem do wyboru odwalanie śniegu, który sypał i sypał albo świetlicę. Wybrałem lenistwo. Na świetlicy organizowano zespoły mające koordynować poszczególne zadania projektu. Mogłem wybierać, zaproponowano zespół lektorów, fotoreporterów lub redaktorów. Też mi coś, pomyślałem. Po chwili prawie wszyscy się zapisali do któregoś z zespołów. Siłą rzeczy trafiłem do jednego z nich, nie z przekonania, ale raczej żeby „wtopić się w tłum”. Po chwili żałowałem. Poniedziałek wydawał się stracony. Czytaliśmy lekturę „Szatan z siódmej klasy”, nudne przygody Adasia Cisowskiego. O mało nie połknąłem wszystkich, którzy siedzieli przy moim stoliku, tak strasznie ziewałem. Potem były drożdżówki i gorąca herbata, która dodała mi trochę energii tym razem przed matematycznymi grami edukacyjnymi. Pani prowadząca „spoko”, ale i tak humor mi nie wrócił. Kiedy wracaliśmy do domu, czyniłem wyrzuty winowajcy, przez którego znalazłem się w świetlicy. Wzburzonym głosem mówiłem – po co w ogóle tam poszedłem, tylko ziewałem. Usłyszałem krótką ripostę – ziewałeś? To czemu grałeś na komputerze do późnej nocy, a po za tym nikt cię na siłę tutaj nie ciągnął.
Wieczorem zmożony i zły poszedłem wcześniej spać. Rano obudziłem się wypoczęty. Śnieg dalej sypał. Pomyślałem – pójdę. W drzwiach świetlicy usłyszałem ironiczny głos – a więc jesteś. Odburknąłem równie ironicznie – bo bez mnie nie poradzicie sobie. Zaczęliśmy się śmiać a później oberwałem śnieżkami. Nie pozostałem dłużny.
Czytanie, a raczej słuchanie, kiedy jest się wypoczętym i pozytywnie nastawionym jest nawet miłe. Starałem się śledzić losy bohaterów, tym bardziej, że Pani Ania, młoda i sympatyczna polonistka, była przekonywująca. Zdopingowała wszystkich przyznawaniem specjalnych punktów dla poszczególnych drużyn z wiedzy o lekturze. Pomyślałem – sprytne zagranie. Mogłem zabłysnąć. Pozostali uczestnicy, maluchy i reszta też żywo dyskutowali, prześcigając się w odpowiedziach.
Liczby i cyferki zleciały szybko, a nawet za szybko. Potem kolejka po drożdżówkę, i przeraźliwie sympatyczny krzyk Pani Moniki, naszej świetlicowej – kubek z barankami, kubek w zielone pieski – albo żółte coś tam, dawał nam znać, kto ma w tym momencie zgłosić się po swoją herbatę.
Zauważyłem, że zaczynamy tworzyć zgraną grupę. W tym przeświadczeniu utwierdziła mnie Pani Jola, pedagog szkolny, która w przesympatyczny sposób przedstawiła temat z pogranicza psychodramy, zarażając nim nas do utraty poczucia czasu. Mówiła o problemach porozumiewania się. Dobrze bawiliśmy się, i co najistotniejsze każdy z nas szanował wypowiedź drugiej osoby, bez względu na status wiekowy. Pani Jola wzbudziła w nas pozytywną „iskrę”. Pozytywna iskra to coś, co zachęca do działania, przynajmniej ja tak to rozumiem.
 
ferie w Kopalinach 
Wracałem do domu zadowolony. Wieczorem przyłapałem się na tym, że myślami jestem w świetlicy. Co więcej chciałem, aby podczas następnego „czytania” ktoś mi zaproponował rolę lektora.
W środę autobusem z pod świetlicy wyjechaliśmy do Kopalni Soli w Bochni. W trakcie jazdy atmosfera była luźna, ale chyba towarzyszyło nam lekkie podenerwowanie, bo rozmowy były zbyt głośne, co nam nie omieszkał wytknąć Pan kierowca. Przywołani do porządku, i zmobilizowani do samodyscypliny dojechaliśmy do miejsca, w którym stał wielki szyb „Campi”, tzn. Polny – od nazwy terenu, na którym rozciągały się pola mieszczan bocheńskich.
Ośmioosobowymi grupkami, windą zjechaliśmy na głębokość 212 m, gdzie znajduje się pokład August, będący atrakcyjnym odcinkiem trasy turystycznej. Prócz zwiedzania, każda z rywalizujących między sobą grup (nazwanych kolorami: zielona, niebieska, czerwona i żółta) starała się rozwiązać „kopalniane” tajemnice, nanosząc odpowiedzi na wcześniej wręczone nam mapki przez Panią Monikę.
W czwartek, po czytaniu lektury świetlicę zdominowała Pani od plastyki, którą przywitaliśmy oklaskami. Wszystkie osoby, które po raz pierwszy realizowały z nami poszczególne zajęcia witaliśmy brawami. To nasza forma wdzięczności wszystkim, którzy bezinteresownie ofiarowali nam swój prywatny czasu. Inicjatorem tego pomysłu był Pan Leszek, a my realizując tą formę powitania „wzbudzaliśmy pozytywną iskrę”. Pani od plastyki dwoiła się i troiła, aby nam wszystko powiedzieć i przekazać swoją wiedzę o technikach artystycznych z użyciem soli. Efekt był „piorunujący”. Nawet mi – totalnemu beztalenciu artystycznemu, udało się zrobić całkiem przyzwoitą pracę malarską. Potem białą sól za pomocą pisaków zmienialiśmy we wszystkie kolory tęczy. Po krótkiej przerwie na herbatkę, zostały wznowione zajęcia, a ich tematem było dziennikarstwo, podobno fajne, ale ja musiałem tego dnia wcześniej wyjść.
 
ferie w Kopalinach
 
ferie w Kopalinach 
W piątek mieliśmy się ciepło ubrać, bo zaplanowano dla nas poszukiwanie skarbów. Z sali kinowej, gdzie odbyła się krótka odprawa i gdzie wręczono nam mapki ze wskazówkami, wyszliśmy w teren. Na zewnątrz był delikatny mrozik. W tej zabawie liczył się czas, spryt oraz dobrze rozwiązane poszczególne zadania. Idąc za wskazówkami musieliśmy odwiedzić m.in. posterunek policji i bibliotekę, aby uzupełnić mapkę o niezbędne informacje do ukończenia trasy. Skarbem dla zwycięzców było „białe złoto”, czyli mieszek soli. Dla wszystkich nagrodą była świetna zabawa. Tego dnia jeszcze powróciwszy do sali kinowej oddaliśmy się lekturze.
 
ferie w Kopalinach
 
Po sobotnio-niedzielnej przerwie autobusem udaliśmy się do Ośrodka Edukacji Regionalnej w Starym Wiśniczu. Oczywiście głównym tematem była sól, jako produkt spożywczy oraz jej symboliczna wartość w wiejskiej chacie. Każdy z nas mógł na chwilę wcielić się w rolę gospodyni, której zadaniem było m.in. upiec chleb. Wyrabiane ciasto przez dziewczyny, po włożeniu do pieca zmieniło się w smaczne i chrupkie pieczywo, które mogłem skosztować. W międzyczasie poznaliśmy wiele przysłów i symbolicznych znaczeń soli, które występują w kulturze ludowej.
 
ferie w Kopalinach 
Przedostatni dzień zajęć z solą w tle ubiegł na konkursach związanych z czytaną lekturą, warsztatach fotograficznych oraz rozmowach trudnych prowadzonych przez Panią Jolę.
Tego dnia zaważyłem jak ważną rzeczą jest stworzenie dobrej atmosfery. Było mi wstyd, że czas, który mamy na odpoczynek, często spędzamy w nieprzemyślany sposób. Trawimy go w durny sposób. Nawet nie pamiętam, co robiłem w ostatnie ferie świąteczne, chyba grałem w gry komputerowe. Dlatego, kiedy Pan Dyrektor Leszek Marszałek i Pani Monika Multan w ostatnim dniu projektu „Nieznany smak soli” dziękowali tym osobom, które dla nas organizowały poszczególne zajęcia, wszyscy długo bili brawo. Myślę, że dlatego iż były to chwile, o których warto pamiętać.
 

Bądź pierwszym który skomentuje

Dodaj komentarz